Ile razy rzuciliście pod nosem, że lepiej byłoby rzucić to wszystko i przeprowadzić się w Bieszczady, żyć zgodnie z rytmem natury i sadzić własną marchew? Ilu z nas ma odwagę, żeby takiej rewolucyjnej zmiany w swoim życiu dokonać? Niewielu. Dziś poznacie Jaskółkę, czyli Asię z bloga matkatylkojedna.pl, która rzuciła wielkomiejskie życie w stolicy i uciekła wraz z rodziną, tyle, że nie w góry, a do mazurskich lasów i jezior. Urodziła też dziecko, takie, które trudno ogarnąć, ale jeszcze trudniej pokochać. Wywiad o tym, jak to jest przewrócić swoje życie do góry nogami i okiełznać dziecko, które jest nie do okiełznania. Zapraszam.Jak to się stało, że z warszawskiego wieżowca realnie, faktycznie, naprawdę przeniosłaś się do puszczy? Warszawa była zła, a Mazury są cacy? Czy to zbyt prosty podział?
Ja nigdy nie planowałam powrotu na Mazury! Warszawę traktowałam jak drugi dom, gdzie mieszkają moje koleżanki z wakacji, przyjaciele, rodzina. Mieszkając w Warszawie, tęskniłam za Mazurami, ale to była taka tęsknota jak za dawnymi, szczęśliwymi wakacjami, za czasami, które już nie wrócą. Lubiłam miasto i lubiłam być jego częścią. Ono sobie pędziło swoim rytmem, ja szłam swoim trybem. Dopiero urodzenie pierwszego dziecka uświadomiło mi, że już  nikt na mnie nie poczeka, że muszę pędzić, żeby się dostosować, przetrwać. A ja się z reguły nie śpieszę.  I nie biegam za tramwajami.
Powrót na wieś nie był efektem typowego dla przeciętnego korpo pracownika zmęczenia miastem, a po prostu czystą kalkulacją, gdzie w danej sytuacji będzie nam lepiej. Jeśli w mieście nie mieliśmy szans na kredyt na własne mieszkanie, a ja nawet na pół etatu, a na wsi czekał dom i ogromny ogród, tylko głupi by się zastanawiał 🙂 Tak się właśnie wpada z deszczu pod rynnę, jak się później okazało.Z perspektywy czasu nie żałujesz tej decyzji, nie nachodzi Cię myśl „Boże, jak ja teraz chętnie poszłabym do kina albo opery, jak ja dawno nie byłam w operze!!”. A  może raczej każdego ranka zachwycasz się dziewiczo czystym powietrzem i z obrzydzeniem wspominasz spalinową Warszawę?
Jeszcze rok po przeprowadzce smęciłam, że czuję się jak w klatce. Bo taka prawda – matka z małym dzieckiem na wsi jest totalnie odcięta od wszystkiego. Za galerię handlową robi ci Biedronka i cieszysz się jak wariatka, gdy możesz raz w tygodniu do niej podjechać na  zakupy. Wakacje są jeszcze spoko, ale zima…. Brrr… mazurskie drogi są, co prawda, przejezdne, bo lasy są znakomitą ochroną przed zawiejami, ale trafisz po drodze na jakieś zasypane pole i… stoisz z dzieckiem w zaspie. A poza tym – gdzie jechać, skoro każda atrakcja jest prawie godzinę drogi w jedną stronę, a samochód ma tata, który codziennie dojeżdża do pracy? Szarpałam się strasznie, wspominałam te piękne chwile, gdy z malutkim Kosmykiem w wózku robiłam rajd po sklepach, koleżankach, parkach i innych ulubionych miejscach. Wściekałam się na ten las, co mi stoi na drodze do aktywnego przeżywania macierzyństwa, co nie pozwala mi na chwilę chociaż uciec z rytmu kupa-jedzenie-kupa-jedzenie. A potem… A potem dziecko zaczęło chodzić i mówić, z dnia na dzień stawało się coraz bardziej samodzielne. Las z przeszkody stał się naszym celem, a ja przyjechałam na któryś weekend do Warszawy i szybko z niej wróciłam do swojego grajdoła, komentując na blogu „Kocham cię, Warszawo, ale teraz nie mam na ciebie ochoty”. Jaskółko, zdajesz się być kobietą niekonwencjonalną, nic dziwnego, że urodziłaś równie niekonwencjonalne dziecko. Kosma to wyzwanie, niesamowite inteligentne, absorbujące, żywe. Z tego, co piszesz, ciężko za nim nadążyć, ale jeszcze trudniej nie kochać. Piszę to jako mama podobnego modelu. Jak się czujesz czytając te wszystkie mądre poradniki o wychowywaniu, te porady rodziców, których dzieci są spokojne i którzy nie wiedzą, co to znaczy mieć nad aktywnego malucha. Dyskutujesz? Obśmiewasz?
Na początku dyskutowałam, teraz spuszczam zasłonę wymownego [lub nie] milczenia. Prędzej czy później i tak dochodzi do konfrontacji. Pani przedszkolanka po pierwszym dniu Kosmyka w przedszkolu zapewniała mnie, że nie będzie żadnych problemów, że ona miała dużo ruchliwych dzieci, że sobie z łatwością poradzi z Kosmykiem. Po trzecim dniu w przedszkolu, gdy przyjechałam odebrać syna, podeszła do mnie i spytała się, czy ja z dzieckiem tak sama, przez trzy lata, sobie radziłam. Gdy powiedziałam, że owszem, mocno mnie przytuliła i powiedziała, że jestem jej bohaterką. Czy muszę coś dodawać? Nie 🙂 A jak wyglądała Twoja wizja rodzicielstwa? I jak zweryfikował ją Kosma?
Nie miałam wizji. Nie targały mną domysły, jakie będzie moje dziecko, jak je będę wychowywać, nie badałam nurtów, trendów. O tym, że jestem zbliżona do modelu rodzicielstwa bliskości powiedziała mi czytelniczka, co mnie zdziwiło, bo wtedy rodzicielstwo bliskości nie było popularne i nigdy o nim nie słyszałam. Chyba jedynym moim pragnieniem w ciąży było to, żeby moje dziecko lubiło kluski z mlekiem, bo ja za nimi ogromnie przepadam i fajnie by było robić je jeszcze dla kogoś. Miałam szczęście, bo polubił. A wszystkie te uniwersalne filozofie rodzicielskie można o kant dupy rozbić, jeśli są wyłącznie uniwersalnymi teoriami. Jeszcze nie widziałam uniwersalnego dziecka.Co można robić z dziećmi na odludziu? Nie boisz się, że przez miejsce zamieszkania Kosma ma mniejsze szanse na tzw. dobry start? No wiesz, te wszystkie dodatkowe zajęcia, hiszpański, szermierka, teatr są dla niego nieosiągalne…
Nigdy się tego nie bałam, bo sama na odludziu się wychowałam. Wyrosłam jako zapalona narciarka, aktywna żeglarka, kajakarka, pływaczka, miłośniczka wycieczek rowerowych i zachłanna czytelniczka z drobnym epizodem wokalnym i muzycznym. Mało? Wbrew pozorom bardziej aktywne towarzysko, kulturalnie, fizycznie, rozwojowo,życie prowadziłam zawsze na wsi niż w mieście, bo w mieście, mając coś na wyciągnięcie ręki, możesz zrobić to zawsze, czyli nigdy, a na wsi – nigdy, czyli zawsze z tego skorzystasz, gdy tylko masz okazję. Trochę pokrętnie, ale w ciągu roku na wsi więcej razy byłam w kinie niż przez osiem lat w Warszawie!Ja panicznie się boję dziecka numer 2. Żartuję, że po jego urodzeniu któreś będę musiała oddać do okna życia, bo nie ogarnę. Bałaś się zdublowania żywego Kosmy i wyzionięcia ducha?
Jak się boisz, to go nie rób 🙂 Matka natura prędzej czy później i tak się odezwie i zaczniesz pragnąć powtórki, tak jak ja, gdy tylko stwierdziłam, że jestem w stanie zapanować nad swoim dzieckiem („Niewiarygodne, ale prawdziwe”). A jak się nie odezwie? To trudno. Świat ma cudną Lenkę 🙂  A tak konkretniej – mimo strachu, nie potrafiłam zapanować nad przeraźliwą chęcią powtórki. To faktycznie był czysty zew matki natury, bo odczytując test ciążowy uśmiechałam się, a z oczu płynęły mi łzy przerażenia. 🙂 Tymczasem, Adaś to przeciwieństwo brata, tak? Jak smakuje rodzicielstwo, kiedy jedno dziecko jest już starsze i testuje na każdym kroku cierpliwość rodziców. Jest łatwiej? Nie przejmować się drobiazgami, doceniać? celebrować?
Przygotować się. Dziecko też, ale przede wszystkim siebie. Przemłócić sobie w głowie, jak to może wyglądać, opracować i przeżyć w myślach najgorsze i najlepsze scenariusze. Nauczyć się tumiwisizmu. Kurde, napisała mi ostatnio pod postem czytelniczka, że ma pięciotygodniowe niemowlę i nie wie, jak się zorganizować w domu, żeby był porządek. Myślałam, że spadnę z krzesła – a po kij jej porządek? Mało ma na głowie? Skąd przekonanie, że matka krótko po porodzie musi mieć ogarnięte na błysk mieszkanie? Przecież sprzątając, traci się najpiękniejsze chwile z dzieckiem – te pierwsze. Zawsze będę sobie wyrzucać, że przy Kosmyku, zamiast położyć się i powoli poznawać dziecko, rzucałam się po mieszkaniu i w panice starałam się, „żeby jakoś wyglądało” dodatkowo ogarniając każde jedno zlecenie. Przy Adasiu już nie miałam takich rozterek. Naczynia w zlewie kisły, a ja sobie zalegałam w łożu, odbijając sobie te 9 miesięcy, gdy z wielkim brzuchem goniłam starszaka po lesie 🙂 A gdy komuś przeszkadzał panujący dookoła nas chaos, spokojnie odpowiadałam, że w moim domu każdy może posprzątać. Myślisz, ze będziesz wiejską babą już na zawsze, czy nie zarzekasz się, że nie spotkam Cię w którymś z wielkich miast pędzącą na służbowe spotkanie w niebotycznych szpilkach?
Musieliby mi sporo zapłacić za te szpilki… A na serio – nie wiem, jaki jeleń będzie mi dziś ryczał pod oknem, więc co ja będę rozmyślać o przyszłości? Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieć w Warszawie mieszkanie „na dojazdy”, w którym mogłabym trochę pomieszkać zimą. Jak dzieci podrosną, to im takie mieszkanie kupię.Jak wspominałam, w sieci można znaleźć ogromną ilość porad dotyczących problemów, które… nie istnieją. Rodzice spokojnych dzieci z rozkoszą opowiadają o tym, jak usypiać, jak rozmawiać, jak karmić i jak wychować. Zatem ja pytam Ciebie, matkę z krwi i kości, dziecka z krwi kości i energii- jak żyć? Masz więcej doświadczenia niż ja. Podziel się nim trochę. Jak ogarniasz rzeczywistość i rodzicielstwo i co polecasz rodzicom, których dzieci nigdy nie śpią, nie jedzą, nie siedzą i nie słuchają, kiedy powinny?
Znasz doskonale sposób na ogarnięcie najgorszych chwil – piszesz blog i wyśmiewasz to, co boli trochę dłużej niż ja.Tak naprawdę to jedyny sposób: spróbować stanąć trochę z boku i znaleźć zabawny aspekt całej sytuacji. Bardzo to pomaga – mi, wbrew pozorom, cholerykowi. Gdy Kosma wysmarował transparentnym mazakiem moje białe szafki w kuchni, a potem starał się to zmyć ogrodowym szlauchem, stanęłam nad pogorzeliskiem i jedyną myślą, która pozwalała mi opanować złość, było „Ale będę miała historię do opowiadania dla potomnych!”. Czasem, kiedy wściekam się na Kosmę, podnoszę głos i zaczynam machać rękami, myślę sobie, że taka machająca, wyglądam jak zrzędliwy kruk, a nie jak jaskółka. I mi przechodzi. A jak nie przechodzi, to pocieszam się, że świata nie zdobywali ci, co byli grzeczni i się słuchali, ale właśnie ci, co mieli odwagę powiedzieć głośne i wyraźne NIE… I to jego „NIE” nabiera wtedy zupełnie innego, dość pocieszającego, gdy widzę tłum bezmyślnych owieczek, znaczenia.Uwielbiam Cię i Twoje podejście. Powodzenia na rodzicielskim poligonie!Joanna Jaskółka, czy Matka Jest Tylko Jedna – od trzech lat dobrze zapowiadająca się blogerka, od trzech i pół całkiem nieźle zapowiadająca się matka Kosmyka i Adasia. Na blogu dzieli się spostrzeżeniami nie tylko rodzicielskimi i obśmiewa rzeczywistość, nawet tą mało zabawną.

Share Button

Blogerka zafascynowana ludźmi

Z wykształcenia socjolog, z zamiłowania obserwator i komentator rzeczywistości, którą filtruje przez grube szkła i okrasza ironicznym poczuciem humoru. Wrażeniami i opiniami dzieli sie na blogu www.mamwatpiliwosc.pl. Ma duszę społecznika i gdy trzeba komuś pomóc przeniesie Tatry nad Bałtyk. Prywatnie mama prawie dwuletniej Lenki. Właścicielka psa ze schroniska i narzeczona, która długo nie stanie na ślubnym kobiercu.